Uwielbiała nocne spacery. Jej gatunek z reguły był na nie skazany. Pierwsze sekundy po zajściu słońca były jej porannym oddechem. Nienawidziła zimy, lata ani wiosny. Kochała jesień. Była to najlepsza pora. Październik. Ludzie bali się październikowych wieczorów. Szybko robiło się ciemno. Na ulicach z godziny na godzinę było coraz mniej żywych dusz. W tym miesiącu gwałtownie wzrastały liczby morderstw. Rok w rok to samo. Prowadziła taki tryb życia stosunkowo niedługo, ale już zdążyła się do niego przyzwyczaić. Mało... pokochała to życie. Była mądrzejsza, silniejsza, sprytniejsza. Dopiero teraz była świadoma tego co ją otacza. Szła ciemną ulicą, na której jedynym źródłem światła była błyskająca co jakiś czas latarnia. Jedyna latarnia na tej ulicy. Wzdłuż niej z jednej strony ciągnęły się domki jednorodzinne, a z drugiej bloki mieszkalne. Znajdowała się w najgorszej dzielnicy miasta. Nikt nigdy nie przechodził tędy przypadkowo. Także Ona nie bez powodu spacerowała właśnie tutaj. Ubrana w czarne rajstopy z wzorkiem dodające jej nogom atrakcyjności, krótką spódniczkę, która idealnie eksponowała jej pośladki, ciemną koszulkę z niewielkim dekoltem i czarny płaszcz kontrastujący z jej długimi perfekcyjnie leżącymi blond włosami. Zatrzymała się na środku ulicy, spojrzała w zachmurzone niebo i czekała. Mogła trwać w tym bezruchu latami. Zawsze czuła się idealnie. Niczego nie było jej trzeba. Mimo, iż zamknęła oczy, doskonale wiedziała co dzieje się wokół niej. Każdy zmysł był u niej spotęgowany. Nareszcie. Usłyszała kroki na początku ulicy. Raz, dwa, trzy... trzy osoby. Szpilki... dwie pary szpilek i zwykłe buty. Dwie dziewczyny i chłopak. Chwiejny krok faceta. Dziewczyny roześmiane. Musieli wracać z imprezy. Czekała... im bliżej Niej byli tym lepiej mogła określić ich wygląd i stan. Słyszała ich bicie serc. Jedno po drugim. Czuła ich pulsującą krew. Była spragniona. Chłopak się odezwał, a Ona była w szoku. Doskonale znała ten głos. Głos faceta, który spierdolił kilka miesięcy jej życia. Wtedy normalnego jeszcze życia. Dziś miał pecha. Tym bardziej, że tej nocy zamierzała się zabawić. W mgnieniu oka znalazła się za nimi. Cicha jak mysz potrafiła biegać tak szybko, iż wydawało się jakby używała teleportacji. Podeszła tak blisko niego, że mogła wyczuć ciepło jego ciała. Wciąż niezauważona szepnęła mu do ucha ironiczne "dzień dobry" i zniknęła. Chłopak panicznie się odwrócił. Dziewczyny śmiały się z niego, że jest zbyt pijany. W tym momencie podbiegła do jednej z jego towarzyszek, skręciła kark i szybko odrzuciła na drugą stronę ulicy. Chłopak z drugą dziewczyną nie wiedzieli co się dzieje. Nic nie widzieli, nic nie słyszeli a ich koleżanka zniknęła. Po chwili nie było też drugiej. Przyparła ją do ściany w bramie, patrzyła chwilę w oczy i potężnym rzutem zmiażdżyła ją o kraty w bramie. Została już sam na sam ze swoją przeszłością. Nienawidziła go, brzydziła się nim, jednak w tym momencie jedyne czego chciała to zanurzyć się w jego szyji. Opanowała emocje, by móc się zabawić. Chciała go niszczyć kawałek po kawałku. Ponowiła swój numer z szeptaniem do ucha. Chłopak był tak przestraszony, że zaczął biec i krzyczeć o pomoc. Zaczęła biec za nim, dogoniła w mniej niż sekundę, chwyciła za nogę i skręciła. Gdy już leżał złapała za kostkę i uderzyła nim w latarnię tak mocno, że ta z potężnym wybuchem zgasła z pewnością nie na chwilę. Połamała mu wszystkie żebra. Byłą tego pewna, gdyż słyszała chrupnięcie każdego z nich. Chwyciła go, podniosła w górę i z wyraźnym podnieceniem powiedziała "Witaj kochanie, tęskniłam". W tym samym momencie wyszarpnęła jego rękę tak mocno, że ta wisiała już jedynie na kilku żyłach. Jego ból był dla niej rozkoszą. Spojrzał w jej oczy koloru płynnego złota i czuł jedynie lęk. Zbliżyła się do szyi i wygryzła kawałek skóry. Zmieniła plan. Nie chciała zabić go sama. Postanowiła go zamienić. Nim zaczęła realizować swój nowy plan, rzucała nim o ściany kolejnych domów i miażdżyła wszystkie jego kończyny. Gdy widziała, że jest już na skraju wyczerpania wyrwała jego drugą rękę, położyłą go na środku ulicy i wbiła się kłami w jego tętnicę szyjną najboleśniej jak tylko potrafiła. Przegryzła swój nadgarstek i wpuściła swoją krew do jego obiegu. W kilka sekund jad rozniósł się po jego ciele. To utrzymywało go przy życiu. Nie zamierzała nieść go na plecach więc ponownie chwyciła skręconą nogę i targając nim po ziemi biegłą najszybciej jak potrafiła na najwyższe wzgórze w mieście. Przy tej prędkości jego skóra zdarła się w minutę, Teraz jego twarz sunęła po ziemi z odsłoniętymi kośćmi na policzkach. Jedynym śladem ich obecności była krew pozostawiona na chodniku. Gdy już dobiegła na miejsce, znalazła drzewo z odsłoniętym widokiem na wschód, przywiązała ofiarę i stojąc przed nim krzyczała jak bardzo go nienawidzi. Kilkanaście minut przed wschodem zniknęła. Nie wiedział co się dzieje. Ból był tak wielki, że normalnie już by nie żył. Jej krew. Ona go zmieniła. Dzięki Niej żył. Nie rozumiał jaka to miała być dla niego kara. Dopiero, gdy uświadomił sobie kim stał się w momencie ugryzienia, pojął co za chwilę go czeka. Próbował się uwolnić lecz to nie skutkowało. Widział już pierwsze promienie, lecz wciąż próbował uciec... do tego wszystkiego ten przeszywający ból. Stracił dwie ręce, nie miał połowy twarzy. Błagał o śmierć. Ta nadchodziła, lecz niosła jeszcze większe cierpienie. W momencie, gdy słońce wzeszło on zaczął płonąć od środka. Czuł każdą część swojego ciała, każdy organ, każdy milimetr. Wszystko płonęło, topiło się jak w lawie. Nie mógł wytrzymać.Krzyczał z przerażenia jak opętany. Nagle zaczęły się spalać również jego oczy... już nie widział. Jedynie czuł. Ból, cierpienie... ogień. Płonął żywym ogniem. Trwało to siedem minut. Minuta na każdy miesiąc.
Siadam w swoim małym świecie, zamykam oczy, zaciskam pięści i czuję chłód. Cztery ściany, okno i drzwi. To rozumiem przez "mój mały świat". Muzykę puszczam najgłośniej jak jestem w stanie znieść i staram się zamknąć oczy tak mocno, żeby nie widzieć żadnych jasnych plamek. Tylko ciemność. To chcę teraz widzieć. Nienawidzę chwil, gdy uczucia targają mną jak chcą. Nienawidzę nie kontrolować siebie. Staram się jak mogę, ale na Boga, ile można?! Każdy ma jakieś granice. Moje się zmieniły. Przez kilka miesięcy uległy natychmiastowym przesunięciom. Zaskoczyłem sam siebie, ale jednak nie na tyle, żeby czuć wewnętrzny spokój. Wciąż czuję nacisk tych granic. Nie radzę sobie z nimi. Byłem inny- słabszy. Lecz teraz czuję się jeszcze gorzej. Dlaczego codziennie Bóg sprawdza ile jestem w stanie znieść? Tęsknota, zazdrość, pustka. Atakują jedno po drugim. Co atak silniejsze. Nienawidzę ich! Tęsknoto daj mi oddychać. Zazdrości daj mi wierzyć. Pustko daj mi funkcjonować. Wiedziałem na co się piszę i twierdziłem, że dam radę. Dalej tak twierdzę. Nie ma we mnie grama zwątpienia. Jestem pewien, że dam. Życie to kurewsko trudna sztuka, ale ja wiem, że zagram najlepiej jak potrafię. Dam z siebie wszystko. Do ostatniego tchnienia. To dlatego, że kocham. Dlatego, że potrafię czuć. Znów potrafię się pogrążać. W Tobie. Chcę tego mimo, że czasem jest tak cholernie ciężko. Nie potrafię wyniszczyć zazdrości. Zniwelowałem ją do najmniejszego stopnia do jakiego potrafiłem... więcej już nie zrobię. Jestem na to za słaby. Mimo to ona dalej mnie atakuje tak mocno jak kiedyś. Jak zawsze. Mogę Ci ufać. Lecz nie zamierzam ufać innym. Wszyscy kłamią. To oczywiste. Bez tego nie potrafiliby żyć. To cholerne uczucie na Z sprawia, że jest mi zimno, czuję dreszcze, chcę widzieć ciemność i potęguje się we mnie złość. Tak strasznie boję się zostać sam. Jedno się nie zmieniło... wciąż jestem pozytywnej myśli. Wierzę w Nas. Wiem, że potrafimy. Wystarczy chcieć. Po prostu tak strasznie mi Ciebie brakuje. Pamiętaj- mimo wszystko.
Kolejny poranek w swoim łóżku. To nie zdarzało jej się ostatnio zbyt często przez co stęskniła się nawet za swoim budzikiem. Trzeba wstać... wstać i żyć. Dla jednych życie to ostatnia czynność, którą chcą wykonywać w poniedziałek o godzinie szóstej rano. Ona była inna. Dla niej nowy dzień był kolejną okazją do przeżycia czegoś pięknego. Problem w tym, że nigdy takich okazji nie napotykała. Mimo to nie traciła nadziei. Jedni nazwą tą rutyną, inni monotonią- dla niej to było po prostu życie. Nie chciała narzekać. Matka nauczyła ją w dzieciństwie aby doceniała wszystko co zsyła na nią los. Wszystko co daje jej Bóg. Była wierząca. Modlitwa dodawała jej otuchy, siły, nie pozwalała jej zwątpić. Każdy jej znajomy miał ją za wulkan optymizmu. Zarażała wszystkich dookoła. Ludzie przechodząc obok niej uśmiechali się. Ot tak. Cieszyła się. Była szczęśliwa choć nie miała nic. Ktoś wykształcony znając jej życie poniżyłby ją i poszedł dalej. Ta sama osoba nie znając jej uśmiechnęłaby się, być może nawet zagadała a potem poznając poszłaby dalej. To było dla niej nie do zniesienia. Stereotypy. Nikt jej nie szanował. Jedynie dwie lesbijki i gej. Jej przyjaciele. "Rozumieli" ją, choć akceptowali byłoby lepszym określeniem. Wulkan optymizmu gnijący w studni poniżenia. Poszła do łazienki wziąć prysznic, zjadła dwa jajka i tosta. Dbała o linię. Która nie dba? Która nie chciałaby dbać? Była sama. Chciała mieć chłopaka, ale żaden nie zgadzał się na bycie z kimś takim jak ona. Nie dziwiła im się. Z drugiej strony nie potrafiła zrezygnować. Kochała swój zawód. Usiadła na starym krześle i zaczęła się malować. Makijaż był czymś na co kusiła klientów. Delikatnie przedłużona kreska na oczach, lekko zaczerwienione poliki i wyraźnie czerwone usta. Te ostatnie były kropką nad i. Nawet jeśli facet nie zwrócił uwagi na nogi, pośladki, piersi czy też oczy, na usta zawsze zwracał uwagę. Były jej tajną bronią. Gdyby zrobili konkurs na najpiękniejsze usta zajęłaby trzy pierwsze miejsca. Szerokie, szczególnie dolna warga, wyraźne i co najważniejsze- kuszące. Widząc ją zapamiętałbyś usta. Być może nie mógłbyś przez nie nawet spać. Gdy mówiła, tańczyła wargami. Był to najbardziej erotyczny taniec jaki mógłbyś gdziekolwiek zobaczyć.Wiedziała to i doskonaliła się w tej sztuce latami. Słuchając jej wolałbyś sczytywać słowa z ust. Hipnoza. To właśnie robiła z mężczyznami. Hipnotyzowała ich. Obcisła bluzka, krótka spódniczka, torebka z telefonem, portfelem, kluczami, paralizatorem i była gotowa. Szła główną ulicą miasta. Faceci oglądali się za nią. Wiatr delikatnie rozwiewał jej blond włosy na boki, podwiewał ją, lecz to jej nie przeszkadzało. Była bezwstydna. Była bezpośrednia. Jej wygląd mówił o jej bezpośredniości. Można powiedzieć bezczelna, ale to właśnie wszystkie te cechy sprawiały, że na zielonym świetle wszystkie samochody dalej stały. Budziła odrazę u starszych pań. Moherowej armii. Swoją drogą ciekawe co one wszystkie robią o siódmej rano w autobusach, na ulicach, na każdym przystanku. Być może wracają z wczorajszej imprezy? Kto wie. Nie obchodziło ją to. Opinia jakiejś babci to ostatnia rzecz na jaką zwróciłaby uwagę. Była intrygująca. Taka właśnie chciała być. Podeszła do niewielkiego kamiennego domu i zadzwoniła trzy razy. Otworzyła jej wysoka kobieta równie skąpo ubrana jak ona. Weszła bez słowa i udała się do jednego z kilku pokoi. Zdjęła kurtkę sięgającą jej do pępka, odłożyła torebkę i usiadła. Chwilę po niej weszła ta sama kobieta, która otworzyła jej drzwi. Zaproponowała herbatę.
-Dzięki, piłam rano kawę-skłamała, nienawidziła herbaty, ale nie chciała urazić kobiety, znała ją jakiś czas i wiedziała, że ta potrafiła oddać połowę zarobionych pieniędzy na wszelkie rodzaje herbat, to chyba nazywa się obsesją- jestem dziś umówiona? Ktoś dzwonił, że przyjdzie?
-Jeszcze nie, jest poniedziałek, więc spodziewam się niewielkiego ruchu. Możesz się przespać, obudzę Cię za godzinę.
-Będę wdzięczna, nie wysypiam się ostatnio.
Kobieta wyszła i zostawiła ją samą. Nie trzeba było długo czekać by Morfeusz otulił ją swymi ramionami. Gdy się obudziła On leżał obok niej. Na początku trochę się przestraszyła, ale zauważyła, że chłopak ma zamknięte oczy. Rozejrzała się. Wszystko wyglądało inaczej- duże lustro ze ściany zostało zdjęte i odwrócone, wszędzie były rozpalone świece, a na szafce stał gramofon. Cicho leciała jakaś piosenka. Szybko rozpoznała Delicate Damiena Rice'a. Spojrzała znów na mężczyznę- tym razem patrzył na nią. Chciała coś powiedzieć, ale ten przyłożył palec do jej ust. Odkrył się, był bez koszulki. Leżał tak w samych jeansach. Pociągną ją w dół, by położyła się obok niego. Patrzył jej głęboko w oczy przez kilka sekund po czym zaczął pieścić jej ramiona, plecy, brzuch i dekolt. Podniósł się, usiadł w rozkroku na niej i zaczął całować jej szyję. To nie były zwykłe pocałunki. Robił to tak jak gdyby jej szyja była najsłodszą czekoladą jaką kiedykolwiek wyprodukowano. Schodził niżej, wciąż całując. Podwiną jej bluzkę i zaczął podróż swoim językiem po jej brzuchu. Przechodziły ją ciarki. Nikt wcześniej tego nie robił. Zawsze wejść, przelecieć i wyjść. Tym razem było inaczej. To było dla niej jak akt. Zdjął jej bluzkę, odpiął stanik i rzucił w kąt pokoju. Podniósł ją delikatnie i zaczął wędrówkę w kierunku piersi. Jej sutki momentalnie stwardniały. Zataczał koła językiem. Coraz mniejsze, aż skończył na szczycie jej własnych gór. Była wniebowzięta. Wciąż w szoku, przeżywała najpiękniejszą chwilę w jej życiu. Nim się obejrzała leżała przed nim zupełnie naga. Położył się obok i pocałował ją w ucho, następnie polik i usta. Zaczął delikatnie, ale z każdą sekundą coraz namiętniej, coraz łapczywiej. W najmniej spodziewanym momencie przestał. Chciała , żeby kontynuował, niech nie przestaje! On po prostu się uśmiechał. Droczył się. Znów szyja, piersi, brzuch, uda, łydki. Pocałował każdy palec jej nogi i wrócił na górę. Była podniecona jak nigdy. Zdjął spodnie, położył się na niej, rozchylił jej nogi...
-Jedenasta trzydzieści! Słyszysz?! Kurwa... wstawaj. Za pół godziny masz klienta.
Pokój był ten sam, wkoło żadnych świec a Ona leżała sama. Jak zawsze sama.
Od zawsze wiedziałem, że ludzie są świniami. Nie wiedziałem tylko, że ich życie jest na tyle nudne by aż tak życzyć źle innym. Oczywiście, że nie wszyscy. Więc jeśli uważasz, że nie jesteś taką osobą to najlepiej tego nie czytaj. Nie będę już więcej robił wyjątków a to może urazić Twoje ego bądź też cokolwiek w tym rodzaju. Ostatnio zauważyłem, że gdziekolwiek nie pójdziesz, czego nie zrobisz, z kim się nie spotkasz- wszyscy czekają na błąd, na upadek. Twój upadek. Masz dobre życie, odnosisz sukcesy, świetnie Ci się powodzi. Wtedy ich nie obchodzisz... a raczej nie zwracają na to uwagi. Nie pogratulują. Wręcz będą zazdrośni na tyle by wspomagać przeciwieństwa losu. Więc nie ważne, że ktoś odniósł sukces- pewnie i tak to przypadek, kogoś przekupił, coś było oszukane. Lecz kiedy upadniesz, coś będzie nie tak... przepadniesz. Już nie dadzą Ci spokoju. Pierdolone hieny! Dopilnują aby wszyscy się o tym dowiedzieli. Spotęgują Twoją porażkę i już nie dadzą Ci spokoju. Codziennie obserwuje się pogoń za faktami z życia innych. Z założenia muszą to być złe fakty. O dobrych dziś się już nie mówi. Kogo to obchodzi. W końcu jesteśmy tacy z natury. Co mnie obchodzi, że ktoś ma lepiej? Pognębię tego co ma gorzej. Więc jeśli nie potrafisz odgrodzić się od tych ludzi, wampirów psychicznych, nie umiesz być egoistą, nie jesteś zimną suką, jesteś wrażliwy na opinię innych lub jesteś uzależniony od ludzi. Przepadłeś. Przypomnę Ci jeszcze tylko jedno- na tym świecie żyje około siedmiu miliardów ludzi, w porównaniu do ogółu jesteś nikim. Nic nie znaczącą jednostką. Jesteś jak jedna mrówka w gigantycznym lesie. Gdybyś poznał wszystkie inne mrówi, ale to naprawdę wszystkie- ponad połowa liczyłaby na to, że jakiś but w końcu Cię zgniecie. Ale walcz. Warto. Choć może nie? W końcu kto będzie o Tobie pamiętał za dwieście lat?
Pamiętajmy jednak, że każdy z nas ma swoje prywatne życie, w którym może czuć się jak Bóg. Wrażliwi, czuli, mili, kulturalni, grzeczni, przyjacielscy- odpadają. Pamiętaj musisz być zimną suką. Żyj jak najlepiej, rób innym na złość, wkurwiaj ich swoją osobą nic nie robiąc. To ich albo wykończy albo w końcu się odpierdolą. Sposób na sukces jest bardzo prosty. Zapomnijmy jednak o ludziach. Życie. Już samo ono może dać kopa. Bóg, Los, Fatum, Przeznaczenie... w cokolwiek wierzysz to nie zawsze będzie pchać Cię w stronę sukcesu. Mogą to być Twoje wewnętrzne sprawy, cokolwiek. Jesteś na to gotowy? Wybijesz się? Czasem jest naprawdę ciężko wiesz? Tak jak dziś. Od jakiegoś czasu jest ciężko. Wewnątrz mnie jest cholernie źle. W głowie, w sercu, wszędzie. Cholernie źle. Wy! Wampiry! Cieszy was to? Śmiejcie się póki możecie. Niedługo nie będzie już tak wesoło. Nie istniejecie.
Bóg, Los, Fatum, Przeznaczenie- w cokolwiek wierzysz wiedz, że to cholerstwo jest strasznie złośliwe i uwielbia zamęczać Cię Twoimi własnymi myślami. Chcesz kogoś pokochać- będzie robiło wszystko, żeby tylko Ci to utrudnić. Chcesz wyzbyć się uczuć- będziesz kochał kogo popadnie. No fajnie, pośmialismy się, zrobiłeś mi na złość. Skończ. Bo po cholerę? Żadnemu z nas nic to nie daje... no ok- Tobie zabawę, mi pewien rodzaj bólu, ale proszę Cię... skończ. Po co mi moje myśli skoro tak łatwo może się w nie wplątać jedna osoba i siedzieć tam godzinami, dniami, tygodniami. Wtedy już nie są moje... tzn. nie zależą ode mnie. Po prostu tam siedzi i nie chce wyjść! Co za tupet! Od tak wejść sobie do czyjejś głowy i nie dać myśleć o niczym innym! Daj mi złapać oddech. Proszę! Jeśli nie... to chociaż wejdź w pole mojego pieprzonego zasięgu. Złośliwość to cecha Bogów. No właśnie. Co do Boga... tego, który stworzył kobietę i mężczyznę. Dlaczego? Co Go pchnęło do tego, by stworzyć obok siebie dwie istoty, które nigdy nie będą w stanie pojąć siebie nawzajem? Ha! Widzisz! Złośliwość! Stworzył mężczyznę- który w głowie ma dość prostą sieć dróg oraz kobietę... istną spiralę czteropasmówek! Jeśli któremuś facetowi uda się kiedyś ją przejechać... zostań moim Góru! Nie do zrobienia. Powodzenia Panowie. Nie wiem dlaczego to robią, ale one mieszają nam w głowach! Chcą, wybudować swoje pierdolone autostrady na naszych własnych drogach! Tylko po co?! Pieprzone hipokrytki. Wybaczcie Panie, ale czy nie tak właśnie jest? Chciałybyście, żeby wszystko było po waszemu, wszędzie widzieć swoje podwórko i w każdym miejscu wprowadzać osobistu ustrój. Jednocześnie do wszelkich prac, które sprawiają wam jakąś trudność wołacie 'swojego' faceta! Tego, któremu same miksujecie mózg. Boże... jesteście straszne. Nie wystarcza wam już samo psychiczne mieszanie w naszych głowach? Dajmy na przykład Ciebie. Znam Cię tak krótko... a tak często siedzisz mi w głowie. Mieszacie! Bóg jest cholernie złośliwy.
Miłość... To co ona potrafi jest dla mnie przerażające... przerażające z logicznego punktu widzenia. Do czego jest w stanie posunąć się człowiek, który tak prawdziwie kocha inną osobę? Uważam, że do wszystkiego. Nie cofnie się przed niczym- byle tylko dogodzić ukochanej osobie. Osobiście bardzo lubię to uczucie...uważam, że jest piękne, ale z drugiej strony przerażające. Tak... jestem zakochany... nie jestem pewien czy to jak się czuje można opisać, czy w ogóle da się opisać. To miał być zwykły dzień, taki jak każdy inny, różnił się tylko miejscem pobytu. Niestety a raczej na szczęście stało się inaczej. Oczywiście tego nie czuje się pierwszego dnia, bo to jest zauroczenie. Uważam, że to z zauroczenia człowiek przechodzi w fazę miłości. Ja przez nią przeszedłem. „Jedna więź, ale jakby ich milion. I nie sznurków od balonów, ale stalowych kabli. Milion stalowych kabli łączących mnie z jedną rzeczą- z centrum wszechświata. Rozumiałem to już- rozumiałem, gdzie ono leży. Nigdy wcześniej nie dostrzegałem tej symetrii w budowie kosmosu, ale nagle uznałem ją za oczywistość.” Tak właśnie się czułem- dalej czuję- , gdy się zakochałem. Nie ma takiej siły, która mogłaby mnie od niej odciągnąć. Wbrew pozorom to nie jest zależne ode mnie- stało się, nie da się tego odwrócić. To uczucie sprawia, że do niej należę. Jestem jej. Nikogo innego. Jakkolwiek głupio to nie brzmi- ja chcę być jej, chcę do niej należeć, nie chcę mieć własnego życia, chcę żeby moim życiem była ona. Tak- to jak niewolnictwo. Niewolnictwo, o które ja sam się ubiegam. Nie wyobrażam sobie świata bez niej... co ja gadam- to ona jest moim światem. Jest moim powietrzem, ogniem, ziemią, wodą... jest wszystkim co niezbędne mi do życia. Jestem uzależniony. Lubię to uzależnienie, chociaż potrafi dać w kość, potrafi zdołować, ja i tak tego chcę. Gdyby ktoś kazał mi iść na odwyk- nie potrafiłbym. Wstrzykuję, połykam, wdycham, wciągam ją sobie prawie codziennie, a i tak mi mało. Nie czuję spełnienia. Strasznie się cieszę, że ją mam, że mogę ją dawkować- chce ją dawkować, zawsze tego pragnąłem i zawsze tego pragnął będę!- ale wciąż mi jej mało. Ona może robić ze mną co chce... nie przeszkadza mi to, wręcz lubię mieć tą świadomość. Tak … to na pewno jest miłość.
Codziennie dostrzegam w Tobie więcej piękna. Wydawałoby się nie możliwe, a jednak codziennie podniecasz mnie bardziej.
Pani M. Hmm... ma tak wiele twarzy, że nie wiadomo czy cieszyć się na jej widok czy drżeć z przerażenia, gdy nadchodzi. Potrafi zaskoczyć, potrafi przyjść z zapowiedzią, bywa, że już przyszła a my sami o tym nie wiemy. Nie zapraszaliśmy jej a ona już się u nas gości i tylko czeka, żeby móc nas tym zaskoczyć. Jest to najpiękniejsze i zarazem najgorsze co może człowieka spotkać. Nić dzieląca jej pozytywy od negatywów jest tak cienka, że najmniejszy błąd i możemy odmienić kierunek jej działania. Od tak. Dość często mylona z inną panią. Jest przedsmakiem tej prawdziwej. Niestety niektórzy nie potrafią trafnie interpretować ani jednej ani drugiej. To przykre. Są ślepi w momencie, gdy myślą, że widzą więcej niż ktokolwiek inny. Szkoda mi takich ludzi, ale nauczą się. Każdy się nauczy. Nie można przecież wiecznie gościć nie tą osobę, którą się chciało. Prędzej czy później zauważymy nasz błąd. Teraz- czy zaprosimy tą drugą? Może nie będziemy już mieli ochoty na wizyty? Wracając do Pani M... czy można ją jakkolwiek zrozumieć? W jakiś cudowny sposób pojąć? Ja nie potrafię. Wpływa na mnie tak bardzo, tak wiele mi daje, tak wiele zabiera, że nie potrafię jej ogarnąć. To przykre. Jest najlepszym czego w życu doświadczyłem, czego doświadczam nadal- a ja nie potrafie zrozumieć dlaczego i jak działa. Jest niesamowitą swatką i zarazem nikt nie potrafi poróżnić dwóch osób tak dobrze jak ona. Bardzo niedaleko jej do nienawiści. Jak tu się nie bać, żeby czasem nie przejść ze skrajności w skrajność? Zazdroszczę każdemu kto potrafi nad nią panować. Jednocześnie zawdzięczam jej tyle, że cieszę się tym co ze mną robi. Może nie zawsze są to czyny dobre dla mnie. Jednak w jakiś chory sposób- kocham to. Kocham Ciebie.
Zawsze zadbany, zawsze czysty i uważny. Kazali mu być uważnym, więc takim też się stał. Nie możesz pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa, gdyż zawsze, ale to zawsze wyjdzie Ci to na złe. Tak mu wmawiali. Prawda znana od zawsze- zakazany owoc lepiej smakuje. To dlatego tak bardzo ciągnie do tego wszystkiego do czego ciągnąć nie powinno. Im bardziej starali się go chronić, tym bardziej wpędzali go w sidła, których tak się bali. Każdego dnia zastanawiał się przed czym go chronią, aż w końcu spróbował tego życia, które kiedyś było dla niego jak jeden wielki babilon. Wszystko dla smaku. Smaku, który jest esencją jego życia. Jak można w pełni nie spróbować swojego życia? Nie pojmował tego. Jeżeli chce przeżyć je najlepiej jak potrafi musi spróbować każdej jego sfery. Tej zakazanej również. Więc zatopił się w swich myślach o babilonie i podjął podróż w te zakazane miejsca. Nie przejmował się opinią tych, którzy wmawiali mu to wszystko w przeszłości. Dla niego priorytetem jest smak i zapach. Te dwie rzeczy potrafią działać na niego tak jak nic innego. Są jak narkotyk. Nieuzależniający, ale wspaniały. Stanął więc na skraju przepaści i wciągnął tyle powietrza w płuca ile tylko potrafił. Tam na dole było wszystko to czego bali się inni. Zapach był zniewalająco piękny. Przez chwilę przeżywał istną ekstazę. Orgazm dla tej części mózgu, która uświadamia nam czy dany zapach kochamy czy nienawidzimy. Stał tak i delektował się jak tylko mógł. Do osiągnięcia szczęścia brakowało jedynie smaku. Po smak trzeba skoczyć i próbować tam wszytkiego czego się da. Zrobił to. Podczas spadania przez jego głowę przewinęło się milion myśli. Nie wiedział czy nie będzie żałował tego czynu. Jednak już po chwili zapomniał o wszystkim i skupił się na spadaniu. Wylądował na miękkiej trawie, w miejscu o obojętnym wyglądzie. Nie było pięknych widoków. Mórz, jezior, rzek, gór i wszystkiego tego co mogło go zachwycić. Lecz nie było też brzydko, a tak przecież mówili inni. Wokół sama trawa, kilka drzew i krzaków. To wszystko. Rozejrzał się jeszcze raz i zobaczył kogoś na środku polany. Podszedł bliżej by widzieć lepiej. Stała tam dziewczyna. Patrzyła na niego i delikatnie się uśmiechała. Teraz widział ją doskonale. Długie, rude, kręcone włosy, delikatne rysy, niebieskie oczy, małe piersi, szersze uda i długie nogi. Zapytał ją kim jest, ale nie uzyskał odpowiedzi. Dostał coś dużo lepszego. Dziewczyna podeszła do niego i bez słowa zaczęła go całować. Przestraszył się, lecz nie przerwał pocałunku. Mógł teraz poznać smak tego zjawiska. Był w niebie. W swoim własnym raju. Tak smakował jego babilon. Nieziemsko dobrze... wyśmienicie. Nie pojmował dlaczego tamci chcieli go uchronić od tak pięknego uczucia. Nigdy nie był przecież tak szczęśliwy jak teraz. Minęło kilka chwil i dziewczyna odsunęła się od niego. Dalej był w szoku tego zdarzenia więc nie zwrócił na to uwagi. Sekundę później ona znów się uśmiechnęła i zniknęła. Nie pojmował co się dzieje. Szukał jej na polanie, w lesie, wszędzie, gdzie tylko mógł. Nie znalazł nigdzie. Dlaczego odeszła, co to wszystko znaczy? Nie znalazł odpowiedzi na to pytanie. Usiadł i zaczął płakać. Czuł się załamany. Depresja dopadła go szybciej niż przedtem uczucie szczęścia. Wiedział, że wraz ze zniknięciem dziewczyny odeszło również wszystko inne. Skoczył z wielkiego urwiska, więc nie było drogi powrotnej. Całe życie, które zaryzykował dla tej właśnie chwili ulotniło się i nigdy miało nie wrócić. Postanowił jednak się nie poddawać i czekać na swą ukochaną tak długo jak tylko będzie trzeba. Czeka tam do dziś. Oparty o drzewo szkielet, miliony małych robaków pod nim i nigdy nie więdnąca nadzieja.
Byłem tam, przeżyłem wtedy najlepszy okres mojego życia. Było tak jak pisali, mówili, uczyli. Ludzie nie byli fałszywi, praktycznie nie było ludzi, owa Utopia była jedynym. Za to jakim. Nigdy bym nie uwierzył, gdybym nie zaznał tego uczucia, tego przeszywającego piękna. Piękna wewnętrznego. Istnej homeostazy fizycznej, psychicznej a szczególnie społecznej. Bo jak nie żyć w spokoju ze społeczeństwem, gdy składa się na nie tylko ta kraina? Kraina, którą uwielbiasz. Ta, która zaprosiła Cię do siebie. Pozwoliła tam zamieszkać i nie przejmować się niczym innym. Żyć w stanie, którego nie da się opisać. Nie słowami żywych. Zamieszkała w Twoim sercu i jednocześnie gościła Cie u siebie. Wtedy czułem, że żyłem tak jak zawsze pragnąłem. Czułem to co od zawsze chciałem czuć i czego nigdy nie chciałem się wstydzić. Krzyczałem! Biegałem! Łamałem wszelkie zasady a te jednocześnie naginały się do moich ustaleń. W ten sposób można powiedzieć, że nie było zasad. To było jak sen. Utopia. Moja Utopia. Ona mnie chciała. Ja chciałem jej. Niczego więcej nie brakowało. Ja i Ona. Melodia dla duszy. Do dziś słyszę ją w sobie. Nadal mogę i chcę do niej tańczyć. Tylko czy mi wypada? Czy powinienem? Przecież Bóg, Los, Przeznaczenie- to wszystko chciało inaczej. Zaplanowali coś innego. To spisek! Uknuli go i zawładnęli moim idealnym krajem. Moją krainą szczęścia. Moją Utopią. Dlaczego? Dlaczego utopiliście moją Utopię?! Muszę się z tym pogodzić. Jestem spokojny, ale w środku wszystko jak po wielkiej burzy. Zniszczone domy, autostrady, wewnętrzna homeostaza została zachwiana. Czy w tej sytuacji nadal mogę tańczyć? Chcę! Tylko z kim? Jej już nie ma. Utopiona. Ja i Ona to już nie to samo. Nie istniejemy. Za późno na taniec.Niestety. Lecz nadzieja jeszcze żywa. Wody ustąpią! Wierzę w to. Jeszcze nieraz będę mógł tańczyć do mojej ulubionej melodii. Utopio.
Ostatni rzut oka na lustro i mógł spokojnie wyjść. Nie lubił towarzystwa, trzymał się raczej na uboczu, ale pragnął nie być sam. Był hipokrytą. Kto nie jest? Słuchawki w uszach, kaptur na głowie, drzwi zamknięte i już o niczym nie trzeba myśleć. Wyszedł, gdyż nie lubił za długo siedzieć w domu. Uwielbiał świeże powietrze- pomijając zawartość spalin i innych gówien w nim latających, dźwięki miasta i uśmiechy ludzi, których mijał. W końcu nie są częstwo widywane. Idąc tak przez miasto, nie wiedząc dokąd, nie przejmując się dniem, godziną ani jakąkolwiek inną bzdurą- czuł, że żyje. Czuł się wolny. Uwielbiał tą wolność. Nikt za Ciebie nie decyduje. Jesteś Panem swojego życia. Jak tego nie lubić? Stanął na środku wielkiego placu, włączył ulubiony kawałek, spojrzał w górę na niebo, pędzące po nim słońce i od tak... uśmiechał się. Czuł jak jego dusza się cieszy a serce śmieje. Jakiś czas temu nie uwierzyłby, gdyby ktoś pokazał mu ten obrazek. Nawet dziś sam się jeszcze trochę dziwił, ale to nieważne. Stał tak jakiś czas napawając się promieniami padającymi na jego twarz po czym poszedł do parku.
Nie lubiła się stroić, nakładać na twarz ton makijażu i udawać piękniejszej niż była naprawdę. W sumie twierdziła, że nie jest wcale. Jak wszystkie. Dzień był niby to słoneczny, ale jednak nie najcieplejszy. Wrzuciła na siebie lekką kurtkę, spódnicę i mogła ruszać w drogę. Wsypała do torby telefon, klucze, kilka ob na awaryjną sytuację, chusteczki i wybiegła z miejsca, którego tak nienawidziła. Nigdy nie było tam porządku. Zawsze syf. Nikt nie chciał sprzątać. Wszyscy w koło się kłócili, wkurwiali na siebie, dochodziło nawet do rzucania talerzami co prowadziło do jeszcze większego syfu. Nienawidziła własnego domu. Chciała kiedyś wyjść i już nigdy nie wrócić. Jednak nie potrafiła tego zrobić. Pieprzone poczucie winy trzymało ją w tym całym burdelu. Studnia śmierci dla jej szczęścia. Nie potrafiła uciec. Szła szybkim krokiem z głową spuszczoną w dół. W głowie jak zwykle milion niepotrzebnych myśli. Nie zwracała na nic uwagi. Olewała świat, jego problemy- miała już wystarczająco dużo własnych. Chciała dojść do swojego ulubionego miejsca bez patrzenia komukolwiek w oczy. Wstydziła się. Myślała, że gdy ktoś już zobaczy jej oczy- wyczyta z nich wszystko. Jak mało jest kobieca, jaki nieporządek panuje w jej domu, jak jej rodzina się nienawidzi. To było dla niej nie do zniesienia. Uwielbiała siedzieć na murku nad wodą i oglądać latające kluczem ptaki. Były dla niej wzorem dobrej rodziny. Na czele ojciec, potem matka, dzieci. Wszyscy się rozumieją, wiedzą dokąd zmierzają, Zazdrościła im. Przechodziła przez park.
Od szczęścia i od śmierci dzielą nas sekundy. Być może każdego dnia kilka razy ocieramy się o bycie najszczęśliwszym człowiekiem na świecie czy też od bycia po prostu martwym. Jakkolwiek by się nie działo i tak jesteśmy niezadowoleni. Doceń życie. Kiedyś nie będziesz już miał tej możliwości. Rób to puki możesz.
Szedł tak nie myśląc o niczym, słuchając tego co lubił i patrząc w niebo. Szła szybko jak messerschmitt zadręczając się wszystkimi problemami. Trafili na tą samą ścieżkę, ten sam pas ruchu i oboje mieli zielone światło. Zderzenie malucha z porządną audicą. Nie wiem tylko kto odgrywał którą rolę. Nieważne. Przewróciła się- wiedziała, że musi spojrzeć na drugiego poszkodowanego przez co jeszcze bardziej się wkurzyła. Do czasu. Był normalnym chłopakiem. Takim jakich widzi się w każdym filmie o liceum. Jednak w jej oczach wyglądał zupełnie inaczej. Nagle zapomniała, gdzie szła i dlaczego uciekła z domu. Patrzyła mu głęboko w oczy- jednak nie czuła wstydu. Ruszał ustami bez wydawania dźwięku co nie był według niej normalne, ale dopiero po chwili uświadomiła sobie, że po prostu nie słucha- a on mówi! Chłopak jak zwykle uśmiechnięty pytał o to czy nic jej nie jest i o inne pierdoły, o które wypada zapytać, gdy potrąci się w parku dziewczynę tak, że wygląda jak pikujący po ofiarę orzeł. Jak można było się spodziewać-nie skończyło się na przeprosinach. Mówił dalej... a ona słuchała. Robił wszystko byle tylko nie zechciała po prostu iść dalej. Brawo. Udało mu się. Przedstawili się i rozpoczęli wspólny ruch- tym razem w tym samym kierunku. Polubili się. Szli tak i rozmawiali. Poznawali się. Coraz bardziej się lubili. Ona dużo bardziej niż lubiła. Zauroczyła się. On był dla niej ucieczką od wszystkich problemów. Mimo, że znała go chwilę- o niczym innym nie myślała. Pokochała to uczucie! Dla niego był to dzień jak każdy inny. Ona dziewczyną jak każda inna a myśli nie różniły się niczym od tych sprzed kilku godzin. Odprowadził ją do domu i obiecali sobie, że jeszcze się spotkają. Ona szczęśliwa jak nigdy. On obojętny jak zawsze. Odwrócił się, włożył słuchawki i ruszył przed siebie. Nie usłyszał nadjeżdżającej karetki. Ironia losu. Zabity przez wóz ratujący życie. Wyszedł na ulicę a ta potrąciła go tak jak osobówki potrącają psy na drodze szybkiego ruchu. Tak też wyglądał. Ciało całe zakrwawione, połamane, z licznymi ranami otwartymi. Oczy już nie takie piękne. Puste. A dusza w zaświatach.
Inny dzień, inna godzina, inny park a On uratowałby swoje spokojne życie. Swoje ukochane niebo, muzykę i szczęśliwą duszę. Ona doszłaby do celu i dalej myślała o tych pieprzonych ptakach. Inny świat.
Pstryk i już Cię nie ma. Dziś myślisz, że jesteś obok kogoś kto poświęci dla Ciebie życie... a jutro z Twojego życia znika. Tak, to racja, że przerażającym jest jak szybko osoba anonimowa staje się bliską, a bliska anonimową. Skąd mam wiedzieć kogo mogę być pewny? Głupie pytanie... jeśli popatrzeć na zachowanie ludzi, ich podejście do życia i różnicę między ich słowami a czynami... nikogo. Więc tkwij na tym świecie razem z ostatnią przyjaciółką jaka Ci została. Otocz się iluzją dobrych nastrojów, uśmiechu na twarzy i niech wszyscy mają Cię za swojego. Nikt nie złamie Twych barier... bo tak naprawdę nikt nie chce. Niech cieszą się z Twojej iluzji... a Ty usiądź na skale, oglądaj zachód Twojego słońca i połóż się pod milionem innych gwiazd... Po wschodzie będziesz już w zupełnie innym miejscu. Lepszym? Gorszym? Kto wie... sam musisz się przekonać. Najjaśniejsza ze wszystkich ścieżek kusi swą wonią, wizją i echem radości... tylko dlaczego by na nią wstąpić trzeba przecierpieć największe mroki tego zasranego świata? Uliczka krótsza niż Twój przedpokój, chłodniejsza niż centrum biegunu, ciemniejsza niż powietrzne przepaście kosmosu... spotkasz na niej wiele obrazów (przynajmniej tak mówią) wiele z nich przebije kilkakrotnie Twoje serce pod każdym kątem, ale warto, gdyż prowadzi do miejsca, które nie przypomina niczym tego co widzisz dziś przed swymi oczami. Jest nieporównywalnie piękniejsze. Drogi tak cudownej, że nie jesteś w stanie tego pojąć. Musisz jedynie zasłużyć. Sam. Bo pamiętaj, że tutaj nikogo nie masz. Radź sobie... samotniku.
Witam. Jestem... hmm nazwijmy mnie owocem. Zakazanym owocem. Kryję w sobie pewną tajemnicę. Otóż jestem zatruty. W środku przechowuję przezroczystą, bezwonną, rzadką ciecz. Nie odróżnisz jej od soku. W tym tkwi cała zabawa. Nie dasz rady. Nie potrafisz, a może wcale nie chcesz? Może pragniesz bym Cię zatruł? Uważaj. Skutki mogą być tragiczne. Zacznijmy od mojej pierwszej wady jawiącej się w Twoich oczach jako zaleta- jestem zakazany. Nie możesz mnie mieć. Nie powinnaś. Nie skosztujesz mnie jeśli jesteś uczciwa. Tylko co poradzisz... przecież ja Cię namawiam. Podświadomie uwodzę. Zachęcam. Pokazuję dobre strony. Więc o złych nawet nie chcesz słuchać, ale ja nalegam. Zmywam z siebie wszelką odpowiedzialność. Zaletą jest jedynie chwilowa rozkosz. Kilkusekundowy przepyszny smak w ustach. Nie warto. Mówię Ci. Będziesz tego żałowała. Lecz Ty i tak robisz swoje. Nalegasz. Dlaczego mam więc nie ustąpić? Ah tak. Obietnica. Miałem nie dopuścić do tego posiłku. Tylko nie wiem, czy byłem wtedy szczery. Już wiem- nie. To był kolejny krok. Uwodzicielskie posunięcie. Wpadłaś. Jesteś teraz w sidłach. Jak z nich wyjdziesz? Namieszałem... chciałem, nie chciałem? Kogo to interesuje. Na pewno nie nas. Przecież oboje tego chcemy. Ja pragnę abyś mnie spróbowała. Ty pragniesz poczuć ten smak. Przypominam jednak o truciźnie. Ogarnie Twoje ciało, Twój mózg, myśli. Nie wrócisz do poprzedniego stanu. Oj nie. Więc czy trzydzieści sekund rozkoszy jest tego warte? Podejdź. Odkryj się. Pokaż swoją prawdziwą twarz. Tak, teraz Cię widzę. Ty mnie naprawdę pragniesz. Czuję Twój oddech, Twoje bicie serca. Niemożliwe? A jednak. Potrafię. Jest delikatne, ale dosadne. Mówi, że mnie pragnie. Nie słyszysz? Może boisz się usłyszeć. Jesteś hipokrytką? Zapomniałem. To przeze mnie. Przez tą trującą ciecz. Przyjemnie prawda? Zaczyna działać. Rozpoczęło się Twoje trzydzieści sekund. Odliczam. Ciesz się. Teraz możesz. Szalej. Jestem Twój. Należę tylko do Ciebie. Smakuj! Czujesz? To raj. Utopia. Utopia w Twoim życiu! Nie wierzyłaś? Podziękuj. Beze mnie nie doznała byś tego samego. Zamienię Twoje życie w cud. Będzie tak jak tylko zechcesz. Jestem Twój. Na wieki. Spełnię każdą Twoją zachciankę. Tylko powiedz. Wyduś z siebie te słowa. Jestem na zawołanie. Tutaj spełniają się marzenia. Sama ta kraina jest jednym wielkim marzeniem. Kochajmy się. Nikt nie patrzy. Nikt nie słyszy. Jesteśmy tylko My. Spełniajmy się. To takie cudowne nieprawdaż? Jeszcze chwila i dojdziesz. Nigdy tak nie było. Nigdy nie było tak cudownie, tak wspaniale, tak lekko i gorąco. Jesteś na skraju. Już tylko chwila. Czasowe milimetry. Dwadzieścia osiem, dwadzieścia dziewięć, trzydzieści. Wystarczy! Skończył się Twój czas. Nie ma Twojej Utopii. Nie ma Nas. Nic już nie ma. Wszystko zniknęło. Dalej jesteś w tym samym czarnym pokoju co trzydzieści sekund temu. Zaufałaś? Przecież mówiłem, że tak będzie. Nie wierzyłaś? Błąd. Ostrzegałem. Teraz niech każdy się dowie. Złamałaś zasady. Skosztowałaś mnie. Już dziś zamienię Twoje życie w piekło. Już nic nie będzie takie samo jak dawniej. Wszystko jest tak jak mówiłem. Nic nie poradzę. To była Twoja decyzja. Twoje życie. Szczęśliwe życie. Lecz już nigdy więcej. Zostajesz sama. Gnij!
To nie był dobry wieczór. Był gorszy od wszelkich innych złych wieczorów. Ta pora dnia stała się dla niego z definicji negatywna. Mimo to często nie mógł się jej doczekać. Spoglądał w lustro. Czyste, z wygrawerowanymi wzorkami na kantach, o idealnym kształcie. Piękne lustro a w jego odbiciu tak brzydką istotę. Spoglądał w swoje własne oczy. Widział na nich jak gdyby setki popękanych czerwonych żyłek. Białko stało się tak czerwone, że nie wiedział czy nie krwawi. W kącikach oka z każdą sekundą zbierała się kolejna kropla łez. Pierwsza, druga, trzecia... setna. Ból. Czuł się jakby wyszedł z własnego ciała. To na co patrzył w odbiciu było puste. Bezsensowne. Czuł, że czegoś mu brakuje. Tęsknił. Coś rozrywało go na milion miniaturowych kawałków, ale nie mogło zrobić tego do końca potęgując przy tym ból. Spoglądał na swoją niedoskonałą skórę, suche włosy, popękane usta, doprowadzone do czerwoności oczy. Zdawało się, że będzie zaraz z nich krwawił. Lecz to nie ta część jego ciała miała dziś krwawić. Tym razem było to serce. Błagał aby w końcu skończyło. Nieważne czy ma umrzeć byleby w końcu przestało boleć. Czy emocje mogły doprowadzić go do takiego stanu? Przecież tak bardzo chciał się ich pozbyć. Zapomnieć. Nie łudzić się. Dlaczego one nie ustępowały? Na czym im tak zależało? Chciał je zniszczyć, ale nie potrafił. To wszystko działo się mimowolnie. Tego wieczoru uderzyło z dużo większą siłą. Był rozdarty i nic z tym nie mógł zrobić. Był zniszczony i nikt nie mógł mu pomóc. Położył się do łóżka, zamknął wciąż 'krwawiące' oczy i modlił się, by mógł już nigdy ich nie otworzyć.